Wspomnienia z Heinsberga czyli okiem jurora. Mniej lub bardziej kochani przyjaciele gitary! Miałem niewątpliwie "atrakcyjną" przyjemność śledzenia przebiegu pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu i Konkursu Gitarowego w Heinsbergu. Pomysłodawcą i szefem artystycznym imprezy jest Roman Viazowski, który postanowił zapuścić korzenie w tej małej, dziesięciotysięcznej sympatycznej mieścinie. Uczy z powodzeniem w tutejszej szkole muzycznej i udało mu się namówić dyrektora placówki, Theo Kringsa na wspólne zorganizowanie festiwalu o wysokiej randze i dużym, międzynarodowym zasięgu. Najważniejszą częścią imprezy, obok koncertów ( Carlo Marchione, Zoran Dukic, Thomas Muller - Pering, Roman Viazowski) był oczywiście konkurs składający się z czterech etapów. Pierwszy odsiew nastąpił po przesłuchaniu 147 nagrań gitarzystów 42 krajów. Magnesem przyciągającym tak dużą ilość uczestników był zapewne dowolny program a także darmowy pobyt, wysokie nagrody i niewielkie wpisowe. |
|
Czytaj całość
|
|
Koncerty pod palmami Któż za naszego dzieciństwa nie zazdrościł przygód Tony'emu Halikowi? W czasach, gdy otrzymanie paszportu było sukcesem dyplomatycznym, a spędziwszy wakacje w Bułgarii można było uważać się za globtrotera - ten znany podróżnik fruwał ku odległym lądom, niby balonik z helem, za nic mając "granice, mury, zasieki, zapory"...i celników. Dziś jest inaczej. Dziś granicą najtrudniejszą do pokonania jest ilość cyfr przed przecinkiem na koncie i jeśli protest portfela nie jest zbyt gwałtowny można ruszać śmiało i bez przeszkód tam, gdzie "pieprz i wanilia". A jeśli jest się w dodatku gitarzystą klasycznym... Nasze czerwcowe podróże koncertowe dowiodły, że gitara klasyczna jest instrumentem znanym i cenionym nawet w najbardziej geograficznie i kulturowo odległych od Europy regionach świata. W Egipcie, Indonezji, Singapurze i Malezji wykonaliśmy łącznie osiem koncertów spotykając się wszędzie z serdecznym przyjęciem i żywym zainteresowaniem melomanów. |
|
Czytaj całość
|
|
Między Andami a Brzegiem Oceanu 33 27' S - 70 40' W - Santiago de Chile - stolica najbardziej wysokiego i szczupłego państwa na mapie świata - przywitało nas wspaniałą, letnią, typowo lutową pogodą. Gdyby nie smagłość twarzy i czerń włosów tubylczej ludności czulibyśmy się w tym mieście jak w którejś z europejskich metropolii: w scenerii podobnych ulic można tu szybkowarzyć się na słońcu w znajomych modelach aut, podtruwać się w McDonaldsach, Kentacky Frite Chikenach, czy Burger Kingach, przy tej okazji plamić ketchupem znajomego fasonu odzież, a plamy spierać znajomym odplamiaczem zakupionym w znajomej sieci supermercados. No cóż, zanikanie odrębności w całym cywilizowanym świecie jest zjawiskiem znanym, trudno jednak nie czuć rozczarowania skromną dawką, czy wręcz brakiem egzotyki, której się przecież na antypodach łaknie. |
|
Czytaj całość
|
|
W krainie tysiąca wysp Drugim etapem naszych egzotycznych wojaży była Indonezja. To największe wyspiarskie państwo świata rozciąga się na długości blisko pięciu tysięcy kilometrów obejmując swym obszarem kilkanaście tysięcy wysp i wysepek rozsianych chaotycznie po obu stronach równika, przez co mapa pogody w telewizyjnych prognozach wygląda dość abstrakcyjnie. Życie społeczne i polityczne kraju koncentruje się na kilku największych i najgęściej zaludnionych wyspach, m.in. na Jawie, Sumatrze, Borneo, natomiast swoistym rezerwatem dla turystów jest tzw. "wyspa bogów", czyli słynna Bali - oaza bezpieczeństwa i luksusu. Im więcej mil morskich od stołecznej Dżakarty tym mniejsze są wpływy zachodniej cywilizacji. Najwierniejsi tradycjom przodków są przypuszczalnie groźni Papuasi, którzy tłustych, bladolicych obcokrajowców wolą zjadać niż oglądać w telewizji ! Nie odwiedziliśmy ich...z braku czasu. |
|
Czytaj całość
|
|
|
czyli jak Krzysztof i Jarema na Białoruś grać powędrowali Wrocław, 08.01.1999 Rozterki Zamiar wyjazdu na Białoruś wywołał w naszym otoczeniu reakcje pełne sceptycyzmu i niechęci. Powszechnie kwestionowano nasz zdrowy rozsądek i wytykano brak instynktu samozachowawczego. Popularny był też podziw dla rzekomego heroizmu, z jakim gotowi byliśmy reprezentować polską gitarę. Na twarzach najbliższych malował się niepokój przywodzący na myśl wizję wojennych pożegnań. Żadnego z nas nie dziwiły te dramatyczne postawy - kreowany przez media wizerunek Białorusi jako cywilizacyjnego marudera, skansenu czasów stalinowskich był nam znany. Tym bardziej zaproszenie w tą niepewną rzeczywistość stało się dla nas wyzwaniem i pokusą - trzeba by być do reszty zgnuśniałym mieszczuchem by tego wyzwania nie podjąć! Tak więc uzbrojeni w kabanosy, gitary i czekolady wyruszyliśmy na podbój Wschodu.
|
|
Czytaj całość
|
|
|