Archiwum

Kris & Yarema Duo

Krzysztof Pełech i Jarema Klich – mistrzowie gitary klasycznej

Kris & Yarema duo 
Istnieje dość rozpowszechnione, błędne przekonanie, że klasyczna muzyka gitarowa to przede wszystkim sentymentalne romanse, dla których najwłaściwszym audytorium są nadpobudliwi bywalcy gabinetów muzyko-terapeutycznych. Innym szkodliwym stereotypem jest kojarzenie gitary klasycznej wyłącznie ze sztuką elitarną, a więc adresowane do wąskiego grona wyrobionych muzycznie słuchaczy. Kreacje artystyczne duetu Pełech&Klich czynią z gitary instrument uniwersalny. Zróżnicowany repertuar, którego trzon stanowią kompozycje inspirowane folklorem latynoamerykańskim, nie pozostawia niedosytu wrażeń estetycznych nawet u wytrawnych i wymagających melomanów, zachowując atrakcyjność również dla tych spośród publiczności, których obecność na koncercie jest czymś w rodzaju święta związanego najczęściej z brakiem alternatywnej rozrywki. 

„Doskonale brzmiące gitary, atrakcyjny repertuar z przewagą rytmów latynoskich, zapewniły publiczności porcję wrażeń, którą przedłużono czterema bisami.
Należy pogratulować im pomysłowości artystycznej.
W wielu utworach wprowadzili sporo atrakcyjnych dodatków w stosunku do nut oryginału” – Zbigniew Dubiella – magazyn „Gitara i Bas” 

 



Relacja z Egiptu autorstwa Jaremy Klicha

Koncerty pod palmami

Któż za naszego dzieciństwa nie zazdrościł przygód Tony’emu Halikowi? W czasach, gdy otrzymanie paszportu było sukcesem dyplomatycznym, a spędziwszy wakacje w Bułgarii można było uważać się za globtrotera – ten znany podróżnik fruwał ku odległym lądom, niby balonik z helem, za nic mając „granice, mury, zasieki, zapory”…i celników.

Dziś jest inaczej. Dziś granicą najtrudniejszą do pokonania jest ilość cyfr przed przecinkiem na koncie i jeśli protest portfela nie jest zbyt gwałtowny można ruszać śmiało i bez przeszkód tam, gdzie „pieprz i wanilia”. A jeśli jest się w dodatku gitarzystą klasycznym…
Nasze czerwcowe podróże koncertowe dowiodły, że gitara klasyczna jest instrumentem znanym i cenionym nawet w najbardziej geograficznie i kulturowo odległych od Europy regionach świata.
W Egipcie, Indonezji, Singapurze i Malezji wykonaliśmy łącznie osiem koncertów spotykając się wszędzie z serdecznym przyjęciem i żywym zainteresowaniem melomanów.

Śladami Danikena

Co na temat Egiptu można napisać nowego lub oryginalnego nie będąc ani archeologiem, ani historykiem, ani kulturoznawcą, a jedynie wędrownym muzykantem, który spędził w państwie faraonów zaledwie kilka dni? Oczywiście nic lub prawie nic. Temat to bowiem wypatroszony do czysta przez całe legiony zarówno poważnych i odpowiedzialnych autorów, jak i niepoprawnych fantastów mamroczących o kosmitach. Czytelników niniejszej relacji z pewnością najbardziej interesują okoliczności naszych koncertów w Kairze i Aleksandrii.

Oba występy zorganizowano w przepięknych, imponujących rozmiarami i nowoczesną elegancją wnętrzach. Widząc monumentalny gmach kairskiej opery, jak i nie mniej dostojne Centrum Konferencyjne w Aleksandrii trudno było oprzeć się wrażeniu, że współcześni Egipcjanie odziedziczyli skłonność do gigantomanii po swych odległych przodkach – budowniczych piramid. Szkoda tylko, że architektoniczny rozmach nie idzie w parze z frekwencją na koncertach – stukilkudziesięcioosobowa publiczność wyglądała raczej skromnie na tle piętrzących się amfiteatralnie hektarów foteli. Wykonywany przez nas repertuar został jednak przyjęty bardzo gorąco, a kilka bisów po każdym występie pozwoliło nam odczuć pełnię artystycznej satysfakcji. Warto dodać, że wspomniane obiekty wyposażone są w znakomitej klasy sprzęt nagłaśniający i oświetleniowy, którego brak lub niedostateczna jakość jest wciąż bolączką wielu sal koncertowych w Polsce.

Nasz pobyt w Egipcie nie ograniczył się oczywiście do estradowych dokonań. Odwiedziliśmy piramidy w Gizie, Khan-El-Khalili – bodaj największy bazar świata, gdzie w odrealnionej oparami wodnych fajek aurze sprzedaje się i kupuje po prostu wszystko. Spędziliśmy też niezliczone godziny wałęsając się po zakurzonych ulicach Kairu (w poszukiwaniu zaginionego piwa) , a później włócząc się wzdłuż rozpalonych plaż Aleksandrii – tam w towarzystwie swych roznegliżowanych mężów i synów taplały się w słonych falach egipskie kobiety ubrane tradycyjnie od stóp do głów !

Legendarne piramidy są dokładnie takie same, jak na filmach i zdjęciach – tzn. nie są ani większe, ani mniejsze w przeciwieństwie do wielu innych zabytków światowej architektury, których artystyczne wizerunki potrafią wywrzeć daleko silniejsze wrażenie niż rzeczywisty obraz. Tylko Sfinks wydaje się słabo wyrośnięty… U podnóża Wielkiej Piramidy zostaliśmy napadnięci przez wielbłąda i dwóch Arabów. W iście magiczny sposób znalazłem się na garbie zwierzęcia w towarzystwie jednego naciągacza, podczas gdy drugi zmiękczał Krzyśka obsypując go hojnie „prezentami”. Oni to potrafią !

Naszym przewodnikiem i opiekunem w Egipcie był niefrasobliwy wesołek Mohamed Ibrahim, który gdyby kiedykolwiek i gdziekolwiek stawił się punktualnie to prawdopodobnie dostałby piramidalnego pomieszania zmysłów, wylewu krwi do mózgu i paraliżu ! W trosce o jego zdrowie nauczyliśmy się z tym żyć. Nasz Mohamed był zresztą bardzo miły i uczynny, a usprawiedliwieniem jego spóźnialstwa jest fakt, że wyraz „punktualność” najpewniej wcale nie figuruje w słowniku jego ojczystej mowy.

Egipcjan różni od Europejczyków także sposób prowadzenia pojazdów mechanicznych. Ruch samochodowy w Kairze przypomina do złudzenia wesołe miasteczko. Kodeks drogowy jest tam czystą fikcją: pierwszeństwo ma ten kierowca, który postanowi je mieć bardziej stanowczo od innych; sygnalizacja świetlna jest traktowana jak kolorowa dekoracja; pieszy to wróg uliczny nr 1; jazda nocą bez świateł to norma ! No i jeszcze te klaksony ! Trąbienie to swoista mowa egipskich kierowców – trąbią ze zniecierpliwienia, trąbią na wiwat, trąbią z pozdrowieniami, trąbią bo inni nie trąbią, a wtedy trąbią bo inni już trąbią, no i… ostrzegawczo też trąbią !

Zakończeniem egipskiego rozdziału naszej relacji niech będzie kilka ciepłych słów na temat mieszkańców kraju nad Nilem ponieważ tekst powyżej wydaje się nadmiernie eksponować ich przywary.

Owszem – potomkowie faraonów bywają niepunktualni i niesolidni, są kiepskimi organizatorami i czasami lubią naciągać niedoświadczonych turystów – wszystkie te wady jednak bledną zestawione z ich pogodą ducha, otwartością, życzliwością, a także… uczciwością (podobno kradzieże należą w Egipcie do rzadkości). – Jarema Klich

 


 

Relacja z Chile autorstwa Jaremy Klicha

Między Andami a Brzegiem Oceanu

33 27′ S – 70 40′ W – Santiago de Chile – stolica najbardziej wysokiego i szczupłego państwa na mapie świata – przywitało nas wspaniałą, letnią, typowo lutową pogodą. Gdyby nie smagłość twarzy i czerń włosów tubylczej ludności czulibyśmy się w tym mieście jak w którejś z europejskich metropolii: w scenerii podobnych ulic można tu szybkowarzyć się na słońcu w znajomych modelach aut, podtruwać się w McDonaldsach, Kentacky Frite Chikenach, czy Burger Kingach, przy tej okazji plamić ketchupem znajomego fasonu odzież, a plamy spierać znajomym odplamiaczem zakupionym w znajomej sieci supermercados. No cóż, zanikanie odrębności w całym cywilizowanym świecie jest zjawiskiem znanym, trudno jednak nie czuć rozczarowania skromną dawką, czy wręcz brakiem egzotyki, której się przecież na antypodach łaknie.

Podróż do Chile nie była pierwszą daleką wyprawą duetu Kris & Yarema Duo. Koncertowaliśmy już poza Europą wielokrotnie – w Egipcie, Indonezji, Malezji, Singapurze, Tajlandii. Chilijskie tournée miało jednak jeden zupełnie nowy aspekt – z repertuarem, którego trzon stanowi muzyka latynoamerykańska przybyliśmy do tzw. jaskini lwa. Nierzadko słyszy się opinię, że muzykę latynoską Latynosi posiadają niejako na wyłączność, od dzieciństwa wzrastają w jej aurze, nasiąkają jej żywiołowością i rytmiką, stanowi ona część ich życia, jest budulcem ich mentalności, obyczajowości, temperamentu. Mowa tu naturalnie o inspirowanej folklorem muzyce popularnej. Zimnokrwisty Europejczyk z północy kontynentu może oczywiście opanować materiał dźwiękowy utworów o tej stylistyce, ale w sferze wyrazu osiągnie najwyżej nów, nigdy pełnię. Naszą misją było obalenie tego stereotypu.

Zagraliśmy trzy koncerty ważne i dwa ważne inaczej. Oba występy z tej drugiej kategorii miały miejsce w Santiago. Pierwszy – na prywatnym przyjęciu dla nielicznej, acz wielce nobliwej polonii chilijskiej, drugi – na terenie Ambasady RP dla jej pracowników i współpracowników. Były to koncerty o charakterze towarzyskim, gdzie muzyka przeplatała się z gawędą, a zarówno słuchacze, jak i… wykonawcy nie zaniedbywali bliskich stosunków ze swoimi szklaneczkami, kieliszkami i talerzykami, sukcesywnie napełnianymi przez gospodarzy strawą i napitkiem.

Głównym celem przyjazdu do Chile był udział w festiwalu muzycznym Semanas Musicales w miejscowości Frutillar, w południowej części kraju. Jest to impreza o wieloletniej już tradycji i wysokim prestiżu, jeden z najpoważniejszych festiwali muzycznych w Ameryce Łacińskiej. Tegoroczny program Tygodni Muzycznych obejmował występy orkiestr, chórów, zespołów kameralnych i solistów z wielu krajów Ameryki i Europy. W ramach festiwalu wystąpiliśmy dwukrotnie – w samym Frutillar, w doskonałym akustycznie wnętrzu miejscowego kościółka, oraz w dużym mieście portowym Puerto Montt, w sali tamtejszego uniwersytetu. Preludium do każdego z tych koncertów był krótki ćwierćrecital mało znanego chilijskiego gitarzysty polskiego pochodzenia Enrique Kaliskiego. Jego na wpół amatorska gra, wprawdzie dość biegła, ale bałaganiarska, stanowiła wymarzone tło dla pokazania naszych atutów: dobrego dźwięku, precyzji, zespołowego zgrania. Tubylcy okazali się usposobieni przyjaźnie – wielokrotnie bisowaliśmy, a autografom, gratulacjom i wspólnym zdjęciom nie było końca. Również prasowe recenzje chilijskich krytyków były bardzo pochlebne. A zatem: sukces!

Moim zdaniem publiczność latynoska doceniała w naszej grze dokładność i klarowność – cechy, których często brakuje wyluzowanym rodzimym „desperados”, i choć ekspresją pewnie nie umieliśmy im dorównać, instrumentalna rzetelność rekompensowała w oczach chilijskiego odbiorcy chłód interpretacji.

Nadmorski kurort Vina del Mar był gospodarzem trzeciego koncertu z kategorii ważnych. Zorganizowano go w imponującej rozmiarami sali Teatro Municipal w centrum miasta. Miłym dla nas zaskoczeniem była wysoka frekwencja świadcząca o dobrej reklamie, ale i o autentycznym zainteresowaniu melomanów naszym występem – sala na blisko tysiąc miejsc była pełna! Scenariusz wieczoru był ten sam, co zwykle: zagraliśmy, zabisowaliśmy, odebraliśmy gratulacje, kilka zdjęć, wymiana adresów, nazajutrz miła recenzja w gazecie.

Koncerty duetu Kris & Yarema Duo podobały się Chilijczykom. Satysfakcja tym większa, że był to nasz debiut na kontynencie południowoamerykańskim, gdzie gitara jest uznawana powszechnie za instrument narodowy. Dobrze zdaliśmy egzamin wstępny – mamy nadzieję, że nasza latynoska przygoda doczeka się kontynuacji.

Na zakończenie pragnę w imieniu Krzysztofa Pełecha i moim złożyć serdeczne podziękowania na ręce Pana Radcy Lecha Miodka z Ambasady RP w Santiago de Chile, który był współorganizatorem i koordynatorem koncertów. Bez jego zaangażowania, profesjonalizmu i wytrwałości nasze tournée nie mogłoby się odbyć. – Jarema Klich


 

Relacja z Indonezji autorstwa Jaremy Klicha

W krainie tysiąca wysp

Drugim etapem naszych egzotycznych wojaży była Indonezja. To największe wyspiarskie państwo świata rozciąga się na długości blisko pięciu tysięcy kilometrów obejmując swym obszarem kilkanaście tysięcy wysp i wysepek rozsianych chaotycznie po obu stronach równika, przez co mapa pogody w telewizyjnych prognozach wygląda dość abstrakcyjnie. Życie społeczne i polityczne kraju koncentruje się na kilku największych i najgęściej zaludnionych wyspach, m.in. na Jawie, Sumatrze, Borneo, natomiast swoistym rezerwatem dla turystów jest tzw. „wyspa bogów”, czyli słynna Bali – oaza bezpieczeństwa i luksusu. Im więcej mil morskich od stołecznej Dżakarty tym mniejsze są wpływy zachodniej cywilizacji. Najwierniejsi tradycjom przodków są przypuszczalnie groźni Papuasi, którzy tłustych, bladolicych obcokrajowców wolą zjadać niż oglądać w telewizji ! Nie odwiedziliśmy ich…z braku czasu.

Nasze koncerty w Dżakarcie zorganizowane zostały w ramach pierwszej edycji międzynarodowego festiwalu sztuki – JakArt urządzonego z okazji jubileuszu 474-tej rocznicy (sic!) bodajże założenia miasta. W imprezie wzięło udział bardzo wiele grup artystycznych z całego świata – muzycy, plastycy, aktorzy, tancerze, artyści ludowi i inni.

Szczególnie malowniczo prezentowała się trupa teatralna z Grecji. Jej brodata męska część godzinami przesiadywała w hotelowej kawiarni gawędząc o czymś tajemniczo – wypisz, wymaluj: sympozjum starożytnych filozofów. Domyślaliśmy się jednak, że głównym tematem ich wytrwałych debat bynajmniej nie był ani materializm Demokryta, ani idealizm Platona, lecz raczej rozkołysane biodra indonezyjskich kobiet. No cóż: aktorzy! Swoją drogą – dobry temat.

Zagraliśmy trzy koncerty w różnych punktach miasta. Szczególnie pierwszy występ, zorganizowany w centrum kultury holenderskiej – Erasmus Huis, wspominamy do dziś z wypiekami na twarzach!

Sala na kilkaset miejsc po prostu pękała w szwach! Po pierwszych utworach – sonatach barokowych – reakcje publiczności były jeszcze dość powściągliwe, jednak gdy wkroczyliśmy na grunt muzyki latynoamerykańskiej widownia po prostu oszalała. Tanga Piazzolli, samby Machado, fantazje Zenamona, liryczne kompozycje Gismontiego, Methenyego, czy Myersa – to repertuar, który zwykle spotyka się z ciepłym przyjęciem słuchaczy, jednak o takiej euforii żaden z nas nawet nie marzył. Po każdym utworze następowała eksplozja braw, owacje na stojąco, entuzjastyczne pokrzykiwania i gwizdy, gdzieniegdzie płonęły zapalniczki… Było nas dwóch, a czuliśmy się jak „Ich troje” ! W przerwie koncertu nasza kochana pani Maria Łukaszuk z polskiej ambasady instruowała nas nie kryjąc niepokoju abyśmy po zakończeniu drugiej części niezwłocznie ewakuowali gitary i pulpity do garderoby gdyż „istnieje niebezpieczeństwo, że publiczność wtargnie na scenę”!Nie wtargnęła. Trudno.

Drugi koncert zorganizowano na wolnym powietrzu w eleganckiej, peryferyjnej dzielnicy Dżakarty – Lippo Karawaci. Niestety poprzedniego sukcesu nie udało się powtórzyć z powodu tropikalnej ulewy, która zdziesiątkowała publiczność zamieniając widownię w żeglowne jezioro. Pozostała jedynie garstka najbardziej hydroodpornych entuzjastów (być może poławiaczy pereł?) oraz oddział bohaterskich gitarzystów klasycznych pod wodzą miejscowego nauczyciela gitary – Benny’ego M.Tanto.

Doskonała akustyka kameralnego wnętrza Muzeum Tekstylnego pozwoliła nam zagrać trzeci koncert wreszcie bez nagłośnienia. Przewaga naturalnego brzmienia gitary nad elektronicznie wzmocnionym (ale też zawsze w pewnym stopniu zniekształconym) nie podlega oczywiście dyskusji. Naturalny dźwięk łatwiej poddaje się obróbce w postaci zmian barwy i dynamiki, lepsza jest też kontrola nad jego estetyczną jakością. Ostatni koncert w Indonezji dał nam dzięki temu najwięcej radości z muzykowania, a i publiczność, wśród której nie brakowało osób wyczulonych na gitarowe niuanse w pełni doceniła nasze starania.

Można powiedzieć, że nasz pobyt w Indonezji upłynął pod znakiem telewizji. Zainteresowanie tego najsilniejszego z mediów było wręcz szokująco duże. Udzieliliśmy wywiadów trzem niezależnym stacjom telewizyjnym, zostaliśmy też zaproszeni (jako jedyni goście) do popularnego programu Talk Point emitowanego na żywo w godzinach największej oglądalności ! Program ten jest zwykle poświęcony problematyce społecznej i politycznej, a jego formuła zakłada telefoniczny udział w nim widzów. Jaka mogła być pierwsza myśl tych ostatnich, gdy w miejscu, gdzie zwykle zasiada jakiś obłudny minister, demagogiczny przedstawiciel opozycji lub arogancki działacz związkowy (mowa oczywiście o domniemanych realiach indonezyjskich) ujrzeli dwóch uśmiechniętych białasów z gitarami, grających temat z „Różowej Pantery”!? Po prostu: ZAMACH STANU!

Indonezja nie jest krajem wolnym od gospodarczych trudności i politycznych napięć. Podróżując głównymi arteriami stolicy widzi się wokół niebosiężne biurowce o fantazyjnej architekturze, eleganckie pasaże handlowe, fajerwerki świetlnych reklam – słowem: XXI wiek. Za tym optymistycznym parawanem kryje się jednak zgoła inna rzeczywistość – bezrobocie, bieda, zacofanie, przygnębiające slumsy. Krótko mówiąc: kraj kontrastów.

W kosmosie

Lądowanie przebiegło bez komplikacji. Singapur – niewielka planeta położona u szczytu Półwyspu Indochińskiego – należy do najlepiej zagospodarowanych ciał niebieskich w konstelacji azjatyckiej. Emitowany przez nią blask sprawia, że wielu badaczy tej części kosmosu mylnie określa Singapur mianem supernowej. Jest to jednak w sensie geofizycznej struktury zwykła planeta, a ów blask generują miliony kineskopów, neonów, reflektorów, ulicznych lamp i innych źródeł sztucznego światła, które zwielokrotnione przez szklano-aluminiowe zwierciadła biurowców, metalizowane lakiery pojazdów i złote klamki tworzy iluminację godną dorodnej gwiazdy.

Singapurianie (czytelnik wybaczy tę poetykę z Lema rodem) wiodą życie bez zmartwień, uporządkowane i dostatnie. Ich narodową pasją jest KLIMATYZACJA ! Stwierdzenie, że w strefie okołorównikowej można się wyletnić wydaje się niedorzeczne. A jednak… Przekroczenie progu dowolnej singapurskiej budowli – czy to domu handlowego, czy urzędu, czy też muzeum, hotelu lub restauracji – wiąże się z doznaniem przypominającym kąpiel w górskim potoku podczas letnich upałów. Istna krioterapia !

Organizatorem naszych koncertów w Singapurze był Tomas Liauw – znany gitarzysta, właściciel eleganckiego sklepu z instrumentami i akcesoriami muzycznymi, twórca i dyrektor prestiżowego festiwalu muzyki gitarowej. Jego organizatorski profesjonalizm przejawił się m.in. w reklamie prasowej. Nasze występy zostały poprzedzone anonsami we wszystkich singapurskich gazetach – tygodnikach, dziennikach, informatorach kulturalnych i t.p. wydawanych zarówno w języku angielskim, jak i chińskim. Warto dodać, że nie były to tylko lakoniczne wzmianki w rubryce ogłoszeń drobnych, lecz obszerne omówienia opatrzone zdjęciami, tłuste i wyraźnie widoczne.

Graliśmy w przepięknej, reprezentacyjnej sali – Victoria Concert Hall. Pod względem akustycznym trudno wyobrazić sobie doskonalsze wnętrze. Dla gitarzystów jest to po prostu sala marzeń. Mimo dużych rozmiarów (kilkaset miejsc) pozwala instrumentaliście swobodnie operować całą paletą gitarowych środków wyrazu – wszelkie zmiany barwy dźwięku, artykulacji, czy dynamiki przynoszą efekt zgodny z intencją muzyka i są czytelne dla słuchaczy siedzących nawet w najdalszych rzędach. Pierwszego wieczoru wystąpił Krzysztof solo, nazajutrz zagraliśmy koncert w duecie. Publiczność singapurska nie jest tak żywiołowa, jak indonezyjska – nie wymachuje rękami, nie krzyczy i nie gwiżdże… Przyjęto nas bardziej po europejsku, jednak serdecznie i ciepło – były bisy, autografy, kwieciste gratulacje, wspólne zdjęcia, słowem: s u k c e s.

Do najosobliwszych singapurskich ciekawostek należą niewątpliwie kulinaria. Tomas zadbał o to, nie bez złośliwości zresztą, aby urozmaicić nasze menu wieloma egzotycznymi specjałami chińskiej kuchni. Najsilniejsze przeżycia towarzyszyły spożywaniu potraw przypominających pierogi – zawartość skądinąd przyjaźnie wyglądającej powłoki z ciasta pozostawała tajemnicą aż do chwili, gdy było już za późno na odmowę. Zresztą odmówić i tak by nie wypadało. Tomas bawił się świetnie…

Ostatni koncert w ramach azjatyckiego tournee wykonaliśmy w stolicy Malezji – Kuala Lumpur. Z Singapuru najwygodniej dojechać tam luksusowym autobusem – podróż jest dłuższa od lotniczej, ale bardziej komfortowa, ponadto daje możliwość podziwiania malajskich krajobrazów. Nasz koncert zorganizowany w Hotelu Nikko przez pana Zygmunta Langera z polskiej ambasady miał charakter towarzysko – promocyjny. Publiczność rekrutowała się głównie spośród przedstawicieli placówek dyplomatycznych różnych państw oraz bardzo nielicznej w Kuala Lumpur polonii.

Stolica Malezji słynie z najwyższego wieżowca świata – budynku Petronas Twin Towers. Dwie ostro zakończone szklane wieże rzeczywiście górują nad miastem, w którym i bez nich nie brakuje budowli sięgających chyba stratosfery. W parterowej części Petronas Twin Towers mieści się słynna filharmonia – opuszczaliśmy Kuala Lumpur z twardym postanowieniem, że następny koncert w tym fascynującym mieście zagramy właśnie tam. – Jarema Klich

 


 

Raport z Białorusi autorstwa Jaremy Klicha

czyli jak Krzysztof i Jarema na Białoruś grać powędrowali                                                                                                          Wrocław, 08.01.1999

Rozterki

Zamiar wyjazdu na Białoruś wywołał w naszym otoczeniu reakcje pełne sceptycyzmu i niechęci. Powszechnie kwestionowano nasz zdrowy rozsądek i wytykano brak instynktu samozachowawczego. Popularny był też podziw dla rzekomego heroizmu, z jakim gotowi byliśmy reprezentować polską gitarę. Na twarzach najbliższych malował się niepokój przywodzący na myśl wizję wojennych pożegnań.
Żadnego z nas nie dziwiły te dramatyczne postawy – kreowany przez media wizerunek Białorusi jako cywilizacyjnego marudera, skansenu czasów stalinowskich był nam znany. Tym bardziej zaproszenie w tą niepewną rzeczywistość stało się dla nas wyzwaniem i pokusą – trzeba by być do reszty zgnuśniałym mieszczuchem by tego wyzwania nie podjąć!
Tak więc uzbrojeni w kabanosy, gitary i czekolady wyruszyliśmy na podbój Wschodu.

Pierwszy kontakt
Do Mińska dotarliśmy po 20 godzinach jazdy koleją (odpowiednik 2 godzin zjeżdżania rowerem po schodach). Powitano nas serdecznie i ugoszczono swojsko: wódką i kiełbasą, co z miejsca przełamało lody i nadało konwersacji wartki przebieg. Podczas tego spotkania uświadomiliśmy sobie trzy zasadnicze cechy różniące statystycznego gitarzystę białoruskiego od polskiego: dużo ostrzejszy dźwięk, dużo większy kaliber kieliszka i spontaniczna umiejętność śpiewania na głosy.

Festiwal
Homel to około 300 – tysięczne miasto na południowym wschodzie Białorusi. Założone już w XII wieku miało wątpliwe szczęście zmieniać kilkakrotnie swą przynależność państwową ( Litwa, Polska, Rosja ). Statystyczny polski gitarzysta, którego znajomość historii architektury jest bliska zeru dostrzeże w Homlu szerokie ulice z trolejbusami, rozległy plac w centrum, kilka starych domów, zabytkowy park z obiektami muzealnymi i restaurację, w której mogłyby latać samoloty.
Renesans Gitary to trzydniowe święto gitarzystów nie tylko z całej Białorusi, ale także z Rosji, Serbii, Czech no i ostatnio również z Polski. Jego twórcą i dyrektorem jest Igor Szoszin – znany białoruski gitarzysta, kompozytor, animator życia muzycznego.
Koncerty festiwalowe odbywają się w dobrze utrzymanej, imponującej przepychem i elegancją sali teatru położonego w centrum miasta.
Trzeba przyznać, że w tym roku organizatorom nie zabrakło rozmachu, ale i słowiańskiej beztroski w doborze i ustalaniu chronologii poszczególnych prezentacji muzycznych. O dłużyzny było trudno. W mgnieniu oka solistę zastępował big-band, ten, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ustępował pola duetowi gitarowemu itd. Dla nas, przywykłych do nieco ostrożniejszej formuły festiwali polskich, czy zachodnioeuropejskich tak odważne zestawienia stylów i gatunków były szokiem. Jednak licznie zgromadzona i rozentuzjazmowana publiczność homelskiego teatru wyrażnie akceptowała to urozmaicenie. Niewątpliwą pomocą były tu zręczne, pełne humoru i wyważone w czasie zapowiedzi konferansjera – Olka Kopienkowa (także gitarzysty, organizatora festiwalu w Mińsku).
Spośród licznych wykonawców na szczególną uwagę zasługuje Jan Skrygan – młody i bardzo zdolny gitarzysta białoruski znany w Polsce jako zwycięzca ostatniego konkursu w Tychach, Uros Dojcinović z Serbii, a także Vladimir Ugolnik w duecie z Tatianą Kopienkową z Mińska.
Na krytyczną ocenę zasługuje burkliwy akustyk, który ani na chwilę nie oderwał swych ruchliwych palców od suwaków na konsolecie i z zapałem zwariowanego naukowca poddawał śmiałym eksperymentom brzmieniowym każdego artystę (zjawisko znane i popularne także w polskich salach koncertowych).
Wyrazy szczerego uznania należą się homelskiej publiczności. Wielka, wypełniona po brzegi sala ( 700 miejsc) aż kipiała entuzjazmem słuchaczy. Czuło się wolną od snobizmu, niekłamaną radość odbioru muzyki. W obliczu takiego audytorium każdy artysta, nawet zwykle uległy tremie introwertyk, wznosi się na wyżyny swych możliwości.
Nie jest szczytem elegancji, czy dobrego tonu wychwalanie własnych sukcesów. Jednak, kierowani wrodzoną prawdomównością, czujemy się w obowiązku wspomnieć, że nasz koncert na miano sukcesu w pełni zasłużył. By nie brzmiało to zbyt pysznie musimy przyznać, że sukces ten był dziełem wspólnym – naszym i homelskiej publiczności, której zawdzięczamy dobre samopoczucie i zapał do gry.

Refleksje końcowe
Dobra organizacja festiwalu, gościnni i towarzyscy gospodarze, sklepy pełne znakomitych piratów kompaktowych w cenie butelki piwa, piękne i eleganckie kobiety o otwartych spojrzeniach……

Z nadzieją rychłego powrotu w tamte strony – Jarema Klich

2014 ARTE Barbara Pełech. All Rights Reserved