RELACJE













RELACJE

Koncerty pod palmami

Któż za naszego dzieciństwa nie zazdrościł przygód Tony'emu Halikowi? W czasach, gdy otrzymanie paszportu było sukcesem dyplomatycznym, a spędziwszy wakacje w Bułgarii można było uważać się za globtrotera - ten znany podróżnik fruwał ku odległym lądom, niby balonik z helem, za nic mając "granice, mury, zasieki, zapory"...i celników.
Dziś jest inaczej. Dziś granicą najtrudniejszą do pokonania jest ilość cyfr przed przecinkiem na koncie i jeśli protest portfela nie jest zbyt gwałtowny można ruszać śmiało i bez przeszkód tam, gdzie "pieprz i wanilia". A jeśli jest się w dodatku gitarzystą klasycznym...
Nasze czerwcowe podróże koncertowe dowiodły, że gitara klasyczna jest instrumentem znanym i cenionym nawet w najbardziej geograficznie i kulturowo odległych od Europy regionach świata.
W Egipcie, Indonezji, Singapurze i Malezji wykonaliśmy łącznie osiem koncertów spotykając się wszędzie z serdecznym przyjęciem i żywym zainteresowaniem melomanów.

Śladami Danikena

Krzysztof, Jarema i piramidy

Co na temat Egiptu można napisać nowego lub oryginalnego nie będąc ani archeologiem, ani historykiem, ani kulturoznawcą, a jedynie wędrownym muzykantem, który spędził w państwie faraonów zaledwie kilka dni? Oczywiście nic lub prawie nic. Temat to bowiem wypatroszony do czysta przez całe legiony zarówno poważnych i odpowiedzialnych autorów, jak i niepoprawnych fantastów mamroczących o kosmitach. Czytelników niniejszej relacji z pewnością najbardziej interesują okoliczności naszych koncertów w Kairze i Aleksandrii.

Pod piramidą

Oba występy zorganizowano w przepięknych, imponujących rozmiarami i nowoczesną elegancją wnętrzach. Widząc monumentalny gmach kairskiej opery, jak i nie mniej dostojne Centrum Konferencyjne w Aleksandrii trudno było oprzeć się wrażeniu, że współcześni Egipcjanie odziedziczyli skłonność do gigantomanii po swych odległych przodkach - budowniczych piramid. Szkoda tylko, że architektoniczny rozmach nie idzie w parze z frekwencją na koncertach - stukilkudziesięcioosobowa publiczność wyglądała raczej skromnie na tle piętrzących się amfiteatralnie hektarów foteli. Wykonywany przez nas repertuar został jednak przyjęty bardzo gorąco, a kilka bisów po każdym występie pozwoliło nam odczuć pełnię artystycznej satysfakcji. Warto dodać, że wspomniane obiekty wyposażone są w znakomitej klasy sprzęt nagłaśniający i oświetleniowy, którego brak lub niedostateczna jakość jest wciąż bolączką wielu sal koncertowych w Polsce.

Nasz pobyt w Egipcie nie ograniczył się oczywiście do estradowych dokonań. Odwiedziliśmy piramidy w Gizie, Khan-El-Khalili - bodaj największy bazar świata, gdzie w odrealnionej oparami wodnych fajek aurze sprzedaje się i kupuje po prostu wszystko. Spędziliśmy też niezliczone godziny wałęsając się po zakurzonych ulicach Kairu (w poszukiwaniu zaginionego piwa) , a później włócząc się wzdłuż rozpalonych plaż Aleksandrii - tam w towarzystwie swych roznegliżowanych mężów i synów taplały się w słonych falach egipskie kobiety ubrane tradycyjnie od stóp do głów !

Legendarne piramidy są dokładnie takie same, jak na filmach i zdjęciach - tzn. nie są ani większe, ani mniejsze w przeciwieństwie do wielu innych zabytków światowej architektury, których artystyczne wizerunki potrafią wywrzeć daleko silniejsze wrażenie niż rzeczywisty obraz. Tylko Sfinks wydaje się słabo wyrośnięty... U podnóża Wielkiej Piramidy zostaliśmy napadnięci przez wielbłąda i dwóch Arabów. W iście magiczny sposób znalazłem się na garbie zwierzęcia w towarzystwie jednego naciągacza, podczas gdy drugi zmiękczał Krzyśka obsypując go hojnie "prezentami". Oni to potrafią !

Naszym przewodnikiem i opiekunem w Egipcie był niefrasobliwy wesołek Mohamed Ibrahim, który gdyby kiedykolwiek i gdziekolwiek stawił się punktualnie to prawdopodobnie dostałby piramidalnego pomieszania zmysłów, wylewu krwi do mózgu i paraliżu ! W trosce o jego zdrowie nauczyliśmy się z tym żyć. Nasz Mohamed był zresztą bardzo miły i uczynny, a usprawiedliwieniem jego spóźnialstwa jest fakt, że wyraz "punktualność" najpewniej wcale nie figuruje w słowniku jego ojczystej mowy.

Egipcjan różni od Europejczyków także sposób prowadzenia pojazdów mechanicznych. Ruch samochodowy w Kairze przypomina do złudzenia wesołe miasteczko. Kodeks drogowy jest tam czystą fikcją: pierwszeństwo ma ten kierowca, który postanowi je mieć bardziej stanowczo od innych; sygnalizacja świetlna jest traktowana jak kolorowa dekoracja; pieszy to wróg uliczny nr 1; jazda nocą bez świateł to norma ! No i jeszcze te klaksony ! Trąbienie to swoista mowa egipskich kierowców - trąbią ze zniecierpliwienia, trąbią na wiwat, trąbią z pozdrowieniami, trąbią bo inni nie trąbią, a wtedy trąbią bo inni już trąbią, no i... ostrzegawczo też trąbią !

Zakończeniem egipskiego rozdziału naszej relacji niech będzie kilka ciepłych słów na temat mieszkańców kraju nad Nilem ponieważ tekst powyżej wydaje się nadmiernie eksponować ich przywary.

Owszem - potomkowie faraonów bywają niepunktualni i niesolidni, są kiepskimi organizatorami i czasami lubią naciągać niedoświadczonych turystów - wszystkie te wady jednak bledną zestawione z ich pogodą ducha, otwartością, życzliwością, a także... uczciwością (podobno kradzieże należą w Egipcie do rzadkości).

Jarema Klich



gitara@post.pl - Krzysztof Pelech.
webmaster © Ryszard Zarowski.