RELACJE













WYWIADY

Gazeta Dolnośląska

Życie muzyką, życie z muzyki

Cudownie byłoby występować w przepięknych salach i kościołach, dzielić się z publicznością tym, co mi najbliższe, a co roku dostawać 10 proc. Co w jednej walce wyboksuje zawodowy pięściarz - mówi w rozmowie z "Gazetą" wybitny wrocławski gitarzysta Krzysztof Pełech.

Pierwszy Międzynarodowy Festiwal Gitarowy we Wrocławiu "Gitara+" rozpocznie się we wrześniu. O przygotowaniach do imprezy, konkursach i życiu gitarzysty rozmawiamy z Krzysztofem Pełechem - pomysłodawcą i szefem artystycznym Festiwalu.

Artur Bielecki: Czym jest dla Ciebie gitara?

Krzysztof Pełech: Kocham ten instrument za jego piękny dźwięk. Gitara sprawdza się w tylu stylach, począwszy od renesansu, kończąc na XX w., jazzie, muzyce latynoskiej i innych jeszcze gatunkach. Potrafi wyrazić ogromną skalę emocji, od skrajnie romantycznych uczuć po wściekłość, pasję i ogień flamenco. To bardzo męski instrument, którym można oczarować kobietę.

- We wrześniu rozpocznie się we Wrocławiu Festiwal "Gitara+", jesteś jego inicjatorem. Skąd pomysł takiej imprezy?

- Pomysł narodził się już 2 lata temu. Prawie każde większe miasto w Polsce ma swoją imprezę gitarową - konkurs, festiwal albo kurs.

- Jakie miasta przykładowo?

- Kraków, Gdańsk, Przemyśl, Lublin, Tychy, Szczawno Zdrój, nawet Ełk ma swoje dni gitary. Tymczasem Wrocław, uznawany już od dłuższego czasu za jeden z głównych ośrodków gitary klasycznej w Polsce - jeśli nie największy - nie ma swojego święta gitarowego. Żadnej cyklicznej imprezy, która zgromadziłaby nie tylko gitarzystów tutejszych, ale i muzyków ze świata. Postanowiłem to zmienić.

- Skąd się bierze siła Wrocławia w dziedzinie gitary klasycznej?

- Jest u nas wielu laureatów konkursów gitarowych, uczniowie z całej Polski dobijają się do wrocławskich pedagogów, np. do klasy Piotra Zaleskiego w Akademii Muzycznej czy Marka Zielińskiego w Liceum Muzycznym. Środowisko gitarowe jest bardzo prężne, mamy stosunkowo dużo koncertów.

- Dobrze się dzieje, jeśli festiwal wyróżnia się spośród innych, podobnych imprez. Czy wrocławska "Gitara+" zaoferuje coś szczególnego?

- Tak, pokaże gitarę klasyczną nie tylko solo, ale też w połączeniu z innymi instrumentami. Będzie więc duet gitarowy, zabrzmi gitara z klarnetem, a także z orkiestrą kameralną. Odmienny stylistycznie z pewnością okaże się jazzowy rodzynek w wykonaniu znakomitego gitarzysty ze Szwajcarii - Heinza Affoltera i jego zespołu.

- W programie widzę dużo nazwisk zagranicznych. Czy mógłbyś w kilku słowach przybliżyć sylwetki niektórych muzyków?

- Myślę, że na absolutną rewelację zapowiada się koncert Aniello Desiderio, młodego Włocha uważanego za następcę Andreasa Segovii i Johna Williamsa, a więc tytanów gitary. Aniello Desiderio wystąpił już raz we Wrocławiu, ale w trudnych warunkach dziedzińca Arsenału po powodzi: kąsały go komary po rękach i twarzy, krążące nad nim jaskółki rozpraszały, a mimo to zagrał świetnie. Teraz zaprosimy go do wnętrza Muzeum Architektury o doskonałej akustyce, gdzie zmieści się przynajmniej 300 osób. Oczekiwania są wielkie, a Desiderio nigdy nie zawodzi.

- Jak określiłbyś jego grę?

- Jego styl budzi kontrowersyjne opinie. Desiderio nie boi się artystycznego ryzyka, jest zawsze wierny sobie, co niestety, mogłoby być przeszkodą na wielu konkursach. Wybija się ponad przeciętność: taki Pogorelić lub Sułtanow wśród gitarzystów. Zwróciłbym też uwagę na 18-letnią Chorwatkę Anę Vidović, niegdyś "cudowne dziecko", artystkę bardzo dojrzałą mimo młodego wieku.

- Jak oceniasz konkursy w dzisiejszym świecie muzycznym?

- Sądzę, że w ostatnich latach mamy dewaluację konkursów. Jest ich zbyt wiele. Kryzysu nie uniknął nawet Konkurs Chopinowski w Warszawie. Podobnie dzieje się z konkursami gitarowymi. Mam wrażenie, że często nie przyznaje się pierwszej nagrody, ponieważ nie ma komu. Wielcy artyści przestali odwiedzać konkursy. W wyniku tego w finale pojawia się grupa muzyków grających bezbłędnie technicznie, ale nie mających tak naprawdę nic do powiedzenia. Udział w konkursie niesie ze sobą ryzyko porażki. Artysta, który osiągnął już pewną klasę i ma wyraźną wizję artystyczną, nie może sobie pozwolić na ryzyko konfrontacji z jury. Zdarza się, niestety, że jest to konfrontacja z jury "złożonym głównie z niespełnionych do końca, sfrustrowanych muzyków - westalek strzegących świętego ognia nijakości, przycinających wszystko, co nazbyt wystaje, tępiących twórczą oryginalność w imię obowiązującego consensusu miernoty" - jak czytamy w książce Riegera o fenomenalnym kanadyjskim pianiście Glennie Gouldzie. Emocji, napięcia wyczuwalnego na sali nie da się zmierzyć w skali od 1 do 10.

- Dlaczego więc tak wielu muzyków staje w szranki konkursu? Czy nie ma innej drogi?

- Według mnie najlepszy czas na konkursy to szkoła średnia i studia. Wtedy okazuje się, czy adept ma rzeczywiście talent i osobowość. Po studiach przychodzi moment podjęcia decyzji: czy chce się koncertować czy np. nauczać w szkole muzycznej. Gdy okazuje się, że brak propozycji koncertowych, niektórzy szukają szczęścia i zarobku na konkursach. Jest grupa gitarzystów - łowców nagród. Jeżdżą z konkursu na konkurs, w ten sposób można zarabiać na życie.

- Czy w Polsce w dobie pogoni za sponsorem i niełatwego życia wielu muzyków można się utrzymać z gitary klasycznej?

- Nie jest łatwo. W Polsce dobry gitarzysta za recital w filharmonii otrzyma średnio tysiąc złotych, jeśli zagra np. w Niemczech, może liczyć na przynajmniej tysiąc marek. Ale w Polsce propozycje koncertów nie sypią się jak z rękawa, zdarzają się miesiące chude i tłuste. Najtrudniej jest oczywiście zaistnieć "na topie": współpraca z najlepszymi firmami płytowymi, koncerty w dużych salach, dobre recenzje dobrych krytyków. Udało się to takim nielicznym jak John Williams, Julian Bren, David Russell i kilku innym.

- Tobie się to udaje. Jesteś jedynym polskim gitarzystą wymienionym w wielkim, międzynarodowym leksykonie gitarzystów, wydanym przez Maurice'a Summerfielda, grasz z najlepszymi orkiestrami w wielu krajach świata. Co decyduje o sukcesie gitarzysty?

- To jak się gra. Talent, praca i zapas energii, emocji, drzemiących w muzyku, i umiejętność przekazywania ich publiczności. Słuchacze potrafią to wyczuć, nawet bez przygotowania muzycznego, i to nie tylko w sali koncertowej. Paradoksem jest, że jeden z najlepiej zarabiających polskich gitarzystów to człowiek grający na ulicy, za granicą. Znakomity muzyk! Nie przejmuje się tym, co dzieje się w świecie festiwali, nie dba o rozgłos.

- A więc muzyk uliczny może liczyć na większy zarobek niż polski artysta objęty państwowym mecenatem! Ty sam przez 12 lat pojawiałeś się na wielu konkursach. Co z nich wyniosłeś?

- Rozpocząłem rywalizację w wieku 13 lat, zakończyłem przed dyplomem. Szybko zorientowałem się jednak, że konkursy to zło konieczne. Konieczne bo np. potrzebowałem nowej koncertowej gitary, a jedynym sposobem jej zdobycia był udział w konkursie w Hiszpanii. Konkursy dopingują do poszerzenia repertuaru. Poza tym umożliwiają kontakt z innymi ludźmi, dają szansę propozycji koncertów, pewien rozgłos, wreszcie nagrody finansowe. Dzięki konkursom miałem okazję odwiedzić tak egzotyczne zakątki świata, jak Togo w Afryce czy Nowy Orlean.

- Jakie jeszcze prawa rządzą współczesnym światem muzycznym poza konkursami? Czy rozpoznałeś już te prawa?

- Najokrutniejsze prawo związane jest z pieniędzmi i konkurencją. Muzycy "klasyczni" muszą rywalizować ze światem rozrywki. To paradoks: Fryderyki, nawiązujące przecież do Chopina, otrzymują głównie muzycy z branży rozrywkowej, a na margines zepchnięci są artyści z kręgu klasyki. Szczerze mówiąc, dziwię się im, że zgadzają się tam pojawić, czasem naprawdę na marginesie pseudomuzyków, amatorów. To charakterystyczne, że niekiedy trudno jest przekonać nawet ośrodek kultury do zorganizowania koncertu z muzyką klasyczną.

- To efekt braku sensownego wychowania muzycznego w szkołach. Z drugiej strony muzyka klasyczna, wymagająca od człowieka pewnego zaangażowania zawsze przegra - w skali masowej - z muzyczną watą cukrową. Czy jednak gitara nie mogłaby spełnić roli pomostu między światem muzyki poważnej i rozrywkowej? Jest przecież uniwersalnym, odpowiednim i dla wielkiej sztuki, i piosenki przy ognisku. Czy gitarzyści z tego korzystają?

- Tak właśnie usiłuję budować repertuar. Obok utworów np. Aleksandra Tansmana czy dawnych mistrzów proponuję muzykę latynoamerykańską, filmową, a nawet aranżacje Dire Straits czy Stinga. Często wprowadzam urozmaicenie i np. w drugiej części koncertu łączę gitarę z innymi instrumentami lub śpiewem. To zaciekawia i zaskakuje publiczność.

- Co najmniej od czasów opery weneckiej wybitni wykonawcy otrzymują olbrzymie honoraria. Czy pieniądz może deprawować artystę?

- Na pewno. Żyjemy w tych nieszczęśliwych czasach, gdy koncert jest produktem, który trzeba sprzedać, aby przetrwać. Reklama koncertu niczym się nie różni od reklamy proszku do prania. Cudownie byłoby występować w przepięknych salach i kościołach o doskonałej akustyce, dzielić się z publicznością tym, co mi najbliższe, nie przejmując się prawami rynku, a co roku dostawać 10 proc. tego, co w jednej walce wyboksuje zawodowy pięściarz.

- Jak wobec tego ma się odnaleźć muzyk, który powinien się skupić na pięknej interpretacji?

- Tylko na tym powinien się skupić, albo to strasznie trudne i chyba niewielu się udaje. Szczególnie w naszym kraju artyści nie są doceniani, a czasem wręcz zepchnięci na margines. Ci wielcy artyści, którzy mogliby być chlubą kraju. W sondzie ulicznej przeprowadzonej przez Krzysztofa Zanussiego okazało się, że większość ludzi nie wiedziała, kto to jest Witold Lutosławski. W innej sondzie proszono o nazwisko współczesnego polskiego kompozytora: został wymieniony... Muniek Staszczyk, lider zespołu T.Love. To jest współczesny kompozytor, tak funkcjonuje współczesna muzyka w społeczeństwie.

- A gdyby gitarzysta Krzysztof Pełech zdobył wielki majątek, jakie byłoby jego muzyczne marzenie czy idea?

- Wtedy chciałbym kupić w Polsce jeden z pałaców lub dworków, odrestaurować go i wyposażyć odpowiednio. Zbudowałbym w nim studio nagraniowe, wydawał płyty. Postarałbym się o własne radio, które na całą Polskę nadawałoby muzykę klasyczną. Stworzyłbym agencję koncertową z prawdziwego zdarzenia i zorganizowałbym wielki festiwal muzyki, nie tylko gitarowej. Po prostu muzyki wysokich lotów.

Rozmawiał Artur Bielecki



gitara@post.pl - Krzysztof Pelech.
webmaster © Ryszard Zarowski.